FELIETONY RECENZJE REPORTAŻE WIDEO WYWIADY AKTUALNOŚCI
FELIETON
Gdzie kończy się sztuka?
Dawid Kosmala
PODAJ
DALEJ

  • 28 lipca 1887 na świat przychodzi artysta, który niedługo później ma zburzyć pojęcie ówczesnej sztuki. Udało się to w 1917 roku, kiedy to w Nowym Jorku na wystawie „Społeczeństwa Zjednoczonych Artystów” ukazuje się przełomowe dzieło „Fontanna”, czyli nic innego, jak... odwrócony o 90 stopni pisuar przytwierdzony do podłogi, z napisem u dołu: „R. Mutt”. Praca szybko została zdjęta z wystawy, a krytycy jednomyślnie uznali ją za bezwartościową i wyśmiewającą ideę demokracji. Co ciekawe, od tego momentu takich właśnie dzieł sztuki pojawiało się więcej, a osoba wspomnianego wyżej francuskiego artysty, Marcela Duchamp, stała się natchnieniem do tworzenia dzieł sztuki obalających podstawowe zasady estetyczne.

     

    W XXI wieku nie powinna dziwić nas już owa kontrowersyjność, gdyż im praca efektowniej narusza wyczucie dobrego smaku i piękna, tym jest bardziej popularna. W zasadzie nastawienie na wywołanie skrajnych emocji zdominowało rynek artystyczny, gdyż jest to wygodny sposób na pokazanie się artysty, zabrania przez niego głosu i zaistnienie w kulturze masowej. Jednak nie każde tego typu podejście prowadzi do pozytywnego rozgłosu. Sam, patrząc na niektóre prace, zastanawiam się, czy aby koniecznym było dążenie do wzbudzenia poruszenia. Na pewno częściowo tak, taka praca na pewno drastyczniej zakreśli nam problem, który autor chciał w ten sposób poruszyć, i skłoni do dłuższych przemyśleń. Jednak do tej pory istnieją podzielone zdania na temat tego, gdzie kończy się sztuka, a zaczyna odraza czy przestępstwo. Niektórzy starają się nakreślić granicę artyzmu. Czy jednak jest to w ogóle możliwe? Czy jeśli tak, to nie oznacza to jednoczesnego ograniczenia wolności nie tylko twórcy, ale też odbiorcy?

     

    I ja nie potrafię określić, do którego miejsca artyści posiadają swobodę. Nie znaczy to, że wszystko może być tolerowane. Powinno się odpowiadać za oczywiste przejawy nienawiści, jednak czasami myślę, że, o ironio, nie jest to takie oczywiste, kiedy nie rozumie się podstawowego założenia pracy - nie pojmuje się jej przekazu. Sztuka bez wyrazu, a o wrogim nastawieniu, owszem, wykracza poza pojęcie samej sztuki, lecz co, jeśli pomysł realizowany jest w taki, a nie inny sposób, aby dotarł głębiej i wywołał tym mocniejszy efekt, by skłonił do myślenia?

     

    Andres Serrano wykorzystuje płyny ustrojowe (krew, mocz, pot) nie tylko dla łagodnego i estetycznego efektu, a zanurza w nich symbole religijne nie w celach obrazy, ale aby nadać im wydźwięku mistycznego, zbliżyć je do krwawej historii Kościoła. W podobny sposób postępuje Ron Mueck, obnażając ludzkie ciała, tworząc hiperrealistyczne rzeźby, których założeniem jest obalenie idealizacji człowieka i skłonienie do rozmyślań na tematy egzystencyjne. Banksy natomiast wychodzi z pracami na ulicę, dając możliwość zatrzymania się i spojrzenia na świat pod kątem jego problemów, których zwykły obywatel na co dzień nie zauważa.

     

     

    Naturalnie granicę w sztuce wyznaczają jej wszyscy odbiorcy, nie tylko krytycy, którzy nie są w stanie zdominować stanowiska całego społeczeństwa. Jednak i to nie jest niezmienne, a przykładu nie trzeba szukać daleko. Kiedy projekt artystyczny Joanny Rajkowskiej stanął na jednej z ulic warszawskich, przyjęto go niezbyt ciepło, wyśmiewano koncepcję, ironizowano sposób przedstawienia, pomysł stwarzał liczne podziały i konflikty. Mowa oczywiście o „Pozdrowieniach z Alei Jerozolimskich”, czyli sztucznej palmie daktylowej ustawionej na rondzie gen. Charles’a de Gaulle’a - marzeniu o różnorodności etnicznej i kulturowej w Polsce. Czy i dzisiaj instalacja budzi tak wiele kontrowersji? Na pewno znajdą się głosy przeciwne pracy Rajkowskiej, ale palma niewątpliwie stała się charakterystyczną częścią Alei i jednocześnie jednym z rozpoznawalnych symboli Warszawy.

     

    Choć tak trudno jednoznacznie zdefiniować koniec wolności wyrazu artystycznego, mam wrażenie, że samo przypięcie dziełowi etykiety sztuki kontrowersyjnej budzi negatywne odczucia. Przyjęło się, że słowo „kontrowersja” jest utożsamiane z czymś pejoratywnym, sceptycznym, wrogim, a przecież sam termin zakłada tylko odmienność zdań, różne spojrzenia na ten sam problem. Z definicji nie wynika, który pogląd powinien jawić się jako słuszny, właściwy, choć rzeczywiście określenie pracy jako kontrowersyjnej, chcąc czy nie, umieszcza nam ją w zakresie sztuki zakazanej. W ten sposób sztuka tylko traci na warości. A przeciez tak dzieło z pozoru brzydkie i niemoralne, po dokładniejszym przyjrzeniu się może okazać się oryginalne i pouczające.

     

    Im więcej osób, tym więcej zdań, dlatego uważam, że należy czasami przymykać oko na „występki” artystów. Nakreślając odgórną granicę, spłycamy sztukę, pozbawiamy jej charakteru, indywidualności, odrębności. Poza tym granica ta często ulega przedawnieniu, a wyznaczanie jej przez jednostki zaprzecza idei wolności formy i przekazu. Nie znaczy to, że mamy przyjmować każdą twórczość i wyzbyć się własnego gustu. Jeśli określać kraniec, to wyłącznie indywidualnie, bo tylko tak można odczytywać sztukę - przez pryzmat własnych doświadczeń, poczucia estetyki i preferencji. Krytycy mogą jedynie przyjąć rolę doradczą, a czy zastosujemy się do ich osądów, to już kwestia każdego z osobna.

       


    Niezależny portal społeczności
    I LO im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie